piątek, 28 kwietnia 2017

MoviesReviewWeekend #2 - La La Land

    O tym "babskim musicalu" słyszał każdy. Film, który zapowiadał się świetnie i nie zawiódł oczekiwań, choć nie było tak od początku. La La Land miał niepewną historię, bowiem pierwsze rysy scenariusza pojawiły się już w 2010 roku, ale żadna wytwórnia nie zgodziła się na wydanie filmu przy takich założeniach jak jazz motywem przewodnim, zbyt skomplikowane rozpoczęcie czy "smutne" zakończenie. Chazelle jednak nie zgodził się na to i dopiero po niemałym sukcesie swojego dedbiutanckiego Whiplasha znalazły się wytwórnie, które zgodziły się opłacić La La Land bez zmiany scenariusza. Ale dość o historii; o tym przeczytacie na każdym serwisie typu Filmweb, Wikipedia czy IMDB, a mój blog raczej nie należy do tych sfer. Zapraszam dalej.

    Moje pierwsze wrażenie, gdy usłyszałem o filmie - "babski musical" oczywiście. Niespecjalnie lubiłem ckliwe historie, na jaką zapowiadał się dzisiejszy zwycięzca.  Mimo wszystko, gdy mój znajomy poszedł na to do kina i zaczął "jarać się" filmem, stwierdziłem, że muszę na to iść. I poszedłem, i potem znowu, i jeszcze raz, i jeszcze. Wydałem 80 zł na ten film i nie żałuję (udało mi się go nawet w internetach znaleźć kilka dni później, obejrzałem piąty raz prawie cały, ale później go usunięto). Może to dziwne... Ale ten film był świetny. I nie wydaje się jakiś genialny gdy oglądamy go na początku. Ścieżka dźwiękowa jest chwytliwa, ale niewymagająca dla aktorów, aktorstwo jest bardzo dobre, historia - mało oryginalna. Ale nie o to tu chodzi! Zdradzając wam zakończenie (czego nie zrobię) nie zepsułbym wam, na dobrą sprawę filmu. Powiem tyle - nie odgrywa ono tu większej roli (choć połowicznie można się nie spodziewać tego, endingu :V). Czytając recenzję powtarzało się nagminnie jedno: Nie ma znaczenia, co przekazuje La La Land. Nie ma znaczenia ta historia zawarta wewnątrz. Jedyne co się liczy, to sposób. Zgadzam się w tym w pełni. Aktorstwo Stone i Goslinga, dość prostych i nawet odmiennych charakterów, ukazuje nam pełnię historii. Zasadniczo mogli by dwie godziny siedzieć na krzesłach i używać jedynie mimiki, pewnie i tak film zgarnąłby oskary. La La Land jest o miłości, pogoni za marzeniami i rezygnacji. Bohaterowie poznają się i od pierwszego wejrzenia nie pałają do siebie sympatią, co w kontekście reszty filmu pozwala co najwyżej czasem śmiechnąć, ale wiele nie zmienia.Mia chce być aktorką, Sebix chce mieć klub Jazzowy. I w zasadzie nie chcę zdradzać fabuły, bo pewnie zaraz znajdą się osoby, co powiedzą, że już i tak powiedziałem za dużo. Przejdźmy do kompozycji. Można powiedzieć, że nie tylko jest dynamiczna i symetryczna, ale też kulisowa. Nie w sensie dosłownym oczywiście, jednak w dalszej części filmu zdajemy sobie sprawę, żę początek tak na prawdę nie ma znaczenia. Gdy zaś dochodzimy do samego finishu, wydawać by się mogło, że i bez filmu by się obeszło. To właśnie definiuje jego świetność. Dynamiczna zmiana akcji, symetria między naszymi fragmentami (tj. porami roku - oglądając La La Land warto czekać na La La Lato :D) i płynność. Film nie należy do tych, dla których w trakcie oglądania tracimy głowę i wszelkie rozumienie do tego stopnia, że nie rozumiemy samego filmu. Nie. Stracimy dla niego głowę, ale zapamiętamy każdy szczegół, bo wszystko jest tak spójne - powtarzałem i będę to powtarzał. Zakończenie jest najważniejsze, a reszta filmu to ładna ozdoba, która pozwala nam poszerzyć je o pełen kontekst, wynikający ze spójności akcji.
    Zgrabnie podsumuję to myślą przewodnią filmu - Marz i nie bój się wybierać marzeń, nawet, gdy musisz coś poświęcić. Oczywiście wiele osób powie, że to snobizm i w ogóle. Ale nie do końca. Tutaj mamy wybór między sobą, a sobą, z tym, że wybieramy tego "bardziej siebie". Moim zdaniem coś w tym jest - podoba mi się ta dewiza i może nieco namieszać w głowach. Serdecznie polecam!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz