Siódmy sezon The Walking Dead był prawdopodobnie jednym z najbardziej oczekiwanych seriali ostatniego roku. Dlaczego właśnie on? A no dlatego, że zaserwowano nam prawdopodobnie największy cliffhanger w historii telewizji - I przez dłuższą część pierwszego odcinka nie znaliśmy jeszcze rozwiązania; teraz już wiemy - zginęła nie jedna, ale przez Daryla Dixona, czyli ulubieńca tłumów, aż dwie osoby, w tym jedna, która towarzyszyła nam od pierwszego sezonu - Glenn. Jedna z najdłużej egzystujących w serialu postaci (na dodatek - jedna z trzech ostatnich z pierwotnej grupy) odeszła i, szczerze mówiąc, nie był to mój ulubiony moment. O ile Glenn nie był jakimś moim ulubionym bohaterem, o tyle trzymanie nas w napięciu do tego stopnia, że październik był najgorszym miesiącem tego roku nie było dobre, tym bardziej, że uśmiercono postać, którą wielu ludzi uważało za jedną z najważniejszych. To tak, jakby w następnym odcinku mieli zabić Ricka/Carla/Daryla (przy czym ta ostatnia opcja jest niemożliwa; za dużo widzów zjadłoby producentów). Niewątpliwie nadawał on klimatu całemu serialowi i będzie nam go brakować [*], Pierwszym zabitym był Abraham. Szczerze mówiąc nie lubiłem typa. Taki typowy przykład mięśniaka, co zbyt mądry nie jest, a i nad słabszymi lubi się znęcać. O ile widzieliśmy jego sporą metamorfozę, o tyle za to, co Ab nawywijał w sezonie szóstym, nie mam Neganowi niczego za złe. Ab był rudy i musiał zginąć. Koniec tematu.
W wielkim skrócie to tyle z odcinka pierwszego. Odcinek drugi poświęcony jest w pełni Królestwu. Miejscu, gdzie panuje Król Ezekiel i jego tygrysica Shiva, a gdzie po zranieniu Carol zabrali ją i Morgana zwiadowcy Króla. Warto wspomnieć, że Ezekiel na pierwszy rzut oka wydaje się nadęty, a Carol od początku do końca wydaje zachwyconą i sympatyczną, a w rzeczywistości jest trochę na odwrót. Ezekiel okazuje się być równym gościem, który tytuł Króla traktuje bardziej jako odpowiedzialność niż zaszczyt, zaś dla Carol jest to jeden wielki teatrzyk idiotów - nie do końca się z nią zgadzam, aczkolwiek pierwsze wrażenie miałem pewnie podobne. Ez wydaje się znać Morgana (szanuje go i ufa mu, jakoby znał go wcześniej. Co więcej mówi "Królestwo jeszcze raz zyskuje dzięki tobie", a nie do końca wyłapałem, z czego by to wynikało. Przecież w dwa dni nie ufasz komuś do tego stopnia, że powierzasz mu największy sekret skrywany przed swoim ludem (faszerowanie świń żywymi trupami, aby dać je dla zbawców oczywiście). Na koniec odcinka Carol po wielkim planie ucieczki ucieka, jeszcze wcześniej tocząc dłuższą rozmowę z Ezekielem, z której dowiadujemy się jak zdobył kiciusia i jak "zbudował" Królestwo. Ogólnie ten odcinek jak na chwilę obecną wydaje mi się najlepszym ze wszystkich - bardzo mi się podobał.
Odcinek trzeci miał dowalić siedemdziesięciu pięciu procentom osób oglądających TWD - tym, którzy uważają Daryla za ulubioną postać (oczywiście liczba większa z niikąd; tak sobie, żeby pokazać, jak bardzo lubiany jest nasz bohater). Dixon został tu sponiewierany, traktowany jak śmieć; z początku nagi i karmiony chlebem z psim żarciem, później odziany w szmaty (coś w stylu piżamy z namalowanym puchą "A") i dalej poniewierany (Cały czas siedzi zamknięty w ciemnej komórce i słyszy badziewną zapętloną muzykę). Ogólnie Negan chciał go tylko namówić do przyznania, że jest jednym z nich, co niestety nie udało się. Raz próbował uciec, a gdy już dotarł do motocykli został zatrzymany i skopany przez "Neganów", czyli innymi słowy bandę debili, którzy ślepo podążają za jednym gościem. Często miewałem takie wrażenie, że nie jest najmądrzejszy, jest kawałem chama i nie ma nawet w sobie krzty charyzmy, po czym zastanawiałem się DLACZEGO ludzie za nim podążają. O najgorszych wspomnieniach niektórych opowiada z żartem - o tym, jak traktował Dwighta i jego rodzinę - przez cały odcinek widzimy narastające wątpliwości Dwighta do słuszności życia pod Neganem; w końcu to on spalił mu połowę twarzy. Ogólnie odcinek odebrałem całkiem dobrze; próba złamania Daryla jest czymś na prawdę ciekawym i, mimo że nie udało się, myślę, że dla Negana warto było tego spróbować, bo wiemy, że z Darylem nie ma i nie było żartów.
Odcinek czwarty to wreszcie powrót do Alexandrii. Negan przybywa z grupą, aby ogołocić Ricka z wszelkiej broni i ciekawych rzeczy, które mają. Wynika tu parę problemów - począwszy od Carla, który nie potrafi się ogarnąć i chciał strzelić do ludzi Negana, po czym Neganowi groził, przez Olivię, która nie dopilnowała magazynu i zabrakło dwóch egzemplarzy broni (które swoją drogą schował Spencer), i mogła umrzeć, aż po Ricka, który ostatecznie złamał się i nie zamierza się w żadne sposób sprzeciwić woli Negana. Traktowany jest jak pies i każdy bunt przeciwko Neganowi najchętniej stłumiłby w zarodku - poddał się i nie zamierza dalej walczyć (a przynajmniej takie, dość wiarygodne pozory sprawia). Moim zdaniem, Negan złamał go za szybko, dlatego ten odcinek wypadł w moich oczach jako najgorszy odcinek tego sezonu do tej pory. A jaka jest wasza opinia? Chętnie ją poznam.
Monowątkowość każdego odcinka pozwala mi na krótszą, acz treściwą wypowiedź, dlatego jest dość krótko, chociaż materiału jest tak wiele.
Osoby, które dotrwały do tego miejsca prosiłbym o polubienie (jeśli się spodobało), komentarz (z opinią) i udostępnienie tego dalej (poprzez pinteresta, bloggera, facebooka czy inne media). Z góry byłbym wdzięczny, gdyż nie ma chyba lepszego znaku, że ktoś mnie czyta i lubi mój materiał, niż właśnie powyższe formy dania znaku życia. Pamiętajcie o obserwowaniu bloga poprzez google+!
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz